Zakupy w Indiach

7.01.12
Jako kobieta jestem obdarzona naturalnym talentem do wydawania pieniędzy. Robienie zakupów w Indiach jednak okazuje się być rzeczą, która dość często mnie przerasta.

„Sklepy” w Jaipurze

Wynalazku typu sklep osiedlowy tu nie znają. Jedzenie kupuje się na straganach albo w supermarketach, ale artykuły typu mięso, ryby czy jajka występują tylko na straganach. Jak ktoś chce kupić kurę, to podchodzi do stadka drobiu, biegającego luzem lub stłoczonego w klatkach, i wybiera sobie jedną, która zostanie na jego oczach ubita, wyflaczona, pozbawiona pierza i obdarta ze skóry, a następnie wręczona nabywcy. Jeśli ktoś nie chce patrzeć na akt mordu, może wybrać wersję uprzednio przygotowaną, ale to zdaje się nie dawać pewności co do świeżości artykułu.
Gdzie nabywa się jagnięcinę i baraninę nie mam pojęcia – owce są jedynymi zwierzętami, które nie biegają luzem po ulicach, w przeciwieństwie do kóz i świń, ale tych ostatnich się tu na pewno nie je.
Ryby też kupuje się na straganach, leżą wielkie, stłoczone jedna na drugiej, nie wiem, jakim cudem to nie śmierdzi, ale na wiosnę pewnie do tych straganów nie będzie się dało podejść. W Japonii też ryby leżą na straganach w upale, ale tam przynajmniej okładają je lodem…

Jest bardzo dużo stoisk z owocami, których połowy nie dość, że nigdy nie widziałam, to nawet nie znam ich nazwy. Język polski pewnie też jej nie zna. W każdym razie jest ich dużo i są pyszne, mimo, że przecież jest zima, i wielu rzeczy i tak nie ma. Trwa sezon na papaje, granaty, pomarańcze, guawy i banany, z tego co zauważyłam.

Zboża i ryż kupuje się na ulicy albo w specjalistycznych sklepikach nie posiadających frontowej ściany ani drzwi, olej bierze się na litry z wielkiego baniaka i wlewa do woreczków foliowych, tak samo jak śmietanę i jogurty. Co do mleka, nie mam pojęcia jak odróżnić krowie od bawolego :). Serów żółtych nie ma, ostatnio widziałam goudę w supermarkecie, cena zaczynała się od 1500 rupii/kg – ok 100 zł. Wygląda na to, że najbliższe miesiące ograniczę się do białego sera.

Niektórzy uliczni sprzedawcy specjalizują się tylko w jednym produkcie i chodzą po ulicach ciągnąc lub pchając wielki wózek wypełniony papajami, pomarańczami, groszkiem albo ziemniakami i cebulą. Widziałam także wielkie wózki z popcornem, i orzeszkami ziemnymi, które prażyły się na olbrzymiej metalowej tacy, pod którą żarzyły się rozpalone węgle.
Co parędziesiąt metrów napotyka się małe straganiki z tytoniem do żucia, po którym Hindusi plują gęstą, czerwoną śliną, papierosami sprzedawanymi na sztuki, oraz gorącymi i zimnymi przekąskami.

Mój problem z kupowaniem na straganach jest taki, że skoro nigdzie nie ma cen, to biały zawsze zapłaci dwa razy więcej. Jako że zarabiam w lokalnej walucie, nie bardzo mi to pasuje. Moje zdolności do targowania się wzrosły bardzo znacznie co prawda, ale raczej nie na tyle, żeby otrzymać „indyjską cenę” – za blond włosy trzeba płacić.

Supermarket – WOW!

Supermarketów jest mało. W okolicy mojego domu nie ma żadnego. Jeden, największy Jaipurze, jest względnie niedaleko pracy.
Biorąc pod uwagę poziom bezrobocia w Indiach to raczej dobrze, że nie ma wielu centrów handlowych. Gdyby sprzedawców ulicznych pozbawić pracy to by było jeszcze gorzej, dlatego państwo skutecznie blokuje ekspansję zagranicznych sieci, tym bardziej, że ceny na straganach nie różnią się od tych w super marketach.

Zaletą dużych sklepów są ceny napisane na produktach, wadą – kasy. Poszłam do takiego ustrojstwa do tej pory trzy razy. Przed wejściem trzeba przejść przez bramkę, która liczy ludzi, oraz wykrywacz metali. Jeśli wykrywacz coś wykryje – rewizja. W kinie zabrali mi baterie od aparatu w depozyt. Przy wyjściu trzeba pokazać rachunek – nie wiem, po co, bo i tak go nie porównują z zawartością torby.
Po zrobieniu zakupów – płacimy przy kasie. Standard? Za każdym razem, kiedy płaciłam, stała w kolejce przede mną jedna osoba. Za każdym razem trwało to około pół godziny do czterdziestu pięciu minut. Ekspedient miał ruchy zwolnione do granic możliwości, a potem trzeba jeszcze zapłacić, sprawdzić karty rabatowe i ceny i przeprowadzić konwersację. Nie umiem tego opisać, stałam w szoku i zastanawiałam się tylko, jak to możliwe że ich czas płynie inaczej niż mój…

Zjedzenie obiadu w centrum handlowym też okazało się nie być łatwe. Jak już znalazłam oddzielną część, gdzie był „food court” i podeszłam, żeby zamówić jedzenie, dowiedziałam się, że tu zamawia się inaczej… Najpierw trzeba podejść do specjalnego okienka, gdzie daje się pieniądze, które następnie są nabijane na specjalną kartę, którą dopiero potem mogę w specjalny sposób zapłacić i dostać jedzenie. A jak już skończę, to mogę oddać specjalną kartę i dostać resztę…

Jaipurskie bazary i stragany

Ubrania kupuje się w sklepach sieciowych jak u nas, na co 85% społeczeństwa nie stać, albo na bazarach. Bazary są głośne, tłoczne i kolorowe i można na nich kupić wszystko – odzież indyjską, odzież zachodnią, dodatki, obuwie, biżuterię, książki, artykuły papiernicze, koła do rowerów, latawce, artykuły domowe, kapcie, kolorowe przyprawy w wielkich workach, jeszcze bardziej kolorowe barwniki w jeszcze większych workach. A jeśli czegoś nie ma, to ktoś na pewno zaraz to sprowadzi. Część bazarów jest przeznaczona głównie dla turystów, więc ceny są kilkakrotnie wyższe, a sprzedawcy czasem nachalnie, a czasem bardzo miło zachęcają do zakupu swoich produktów. Jaipur słynie z tekstyliów, więc są całe ulice ze sklepami z gotowymi ubraniami, materiałami i dodatkami – tu kupują i Hinduski, i Europejki, tylko ceny się różnią. Obok sklepów z materiałami jest wiele zakładów krawieckich – na miejscu można uszyć sobie garnitur, tradycyjny strój indyjski lub sukienkę.

Jak widać, tutaj nawet tak prozaiczna rzecz jak zakupy może być przygodą 🙂

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!