Święte miasto Varanasi

Autor: w Podróże Martyny - Indie

Święte miasto Varanasi

2.04.2012

Varanasi

W jeden z weekendów pojechaliśmy do Varanasi, świętego miasta hinduistów, położonego nad Gangesem. Pisałam wcześniej, że Indie są brudne, śmierdzące, fascynujące i budzą moje absolutne uwielbienie. Otóż Varanasi to Indie w miniaturze, tylko wszystko jest jeszcze bardziej zintensyfikowane – nigdy w życiu nie byłam w bardziej śmierdzącym i brudnym mieście, i niesamowicie żałuję, że byłam tam tylko dwa dni. Na pewno jeszcze tam wrócę, może nie w tym roku, ale kiedyś z pewnością.

O tym, jak brudny jest Ganges, albo jak brudna jest Matka Ganga, krążą legendy. Wrzucane do niej prochy, wnętrzności i całe ciała zmarłych to najmniejszy problem w porównaniu z odpadami przemysłowymi i ściekami, które do niej spływają. A brak troski o środowisko i wszechobecna korupcja nie ułatwiają oczyszczania rzeki. Większość śmieci z miasta też tam ląduje, więc zapach jest naprawdę powalający. Niemniej jadnak, Ganga dla Hindusów zawsze miała i pewnie zawsze będzie miała moc oczyszczania. W rzece robi się wszystko – kąpie się, pierze ubrania, wrzuca prochy zmarłych, pije się jej wodę. Nasz przewodnik, który pokazywał nam miasto z poziomu rzeki, wioząc nas łodzią zaprezentował, jak pije tą wodę, mówiąc, że robi to codziennie i czuje się świetnie. Myślę, że dużą satysfakcję sprawia mu widok absolutnie przerażonych cudzoziemców, oglądających ten samobójczy pokaz.

Hinduiści w Varanasi

Jeśli Hinduista zostanie skremowany w Varanasi, a jego prochy zostaną wrzucone do Gangesu, wyrwie się on z kręgu wcieleń i osiągnie stan czystej świadomości. W związku z tym, bogaci ludzie, których na to stać, po śmierci są transportowani do Varanasi, w najlepszym przypadku samolotem, ewentualnie pociągiem lub samochodem. Wolałam nie wnikać za bardzo w szczegóły operacji… Najbogatsi są kremowani przy użyciu drewna z Himalajów, które ponoć pochłania zapach ciała. I jest niesamowicie drogie (Himalaje daleko, a drzewa rosną wolno). 24 godziny na dobę płoną stosy w specjalnym miejscu nad samą rzeką, setki kilogramów drewna są przynoszone na głowach i barkach mężczyzn i kobiet, aby około 400 osób dziennie mogło zostać wyzwolonych od samsary. Palenie zwłok trwa około trzech godzin, ciało najpierw rytualnie moczy się w Gangesie, następnie podpala za pomocą słomy. Niespalone resztki kości są zbierane przez członków rodziny i topione w Gangesie. Kobiety nie mają prawa uczestniczyć w kremacji, rzekomo ponieważ płaczą, a to przynosi złą karmę.
Zmarli są ubrani w stroje, których kolor świadczy o płci i wieku osoby leżącej na drewnianych noszach i obsypanej kwiatami, tak że widać tylko twarz. W Jaipurze też często widuje się, jak zwłoki są przenoszone z domu do miejsca kremacji.

Wieczorami nad brzegiem rzeki obywa się ceremonia religijna Ganga Aarti, w tym wypadku odprawiana w intencji dusz zmarłych, przepiękny rytuał, niezmieniony od setek lat w którym główną rolę pełni ogień. Jedynym elementem psującym atmosferę jest telebim, na którym wyświetlane są pseudo-angielskie napisy, mające zdaje się tłumaczyć słowa śpiewane przez kapłanów.

Refleksja (nie tylko) z Varanasi

Moja refleksja jest następująca: Hindusi mają zdecydowanie inne rozumienie pojęcia „higiena” niż my. Sikanie na ulicy (wraz z prezentacją przyrodzenia przechodniom) jest jak najbardziej higieniczne, karaluch znaleziony w lodówce też najwyraźniej nie przeszkadza, święta rzeka oczyszcza tony śmieci, ale wodę z butelki pije się nie dotykając szyjki ustami, lodówkę do której włożono mięso trzeba wyrzucić, a do posiłku nie można zasiąść przed kąpielą (która może mieć miejsce w niesamowicie brudnej rzece).

Swoją drogą, jak by ktoś jeszcze nie zauważył, to po trzech miesiącach zachwytu nad Indiami mam okres reakcji i większość rzeczy zaczęła mnie irytować, szczególnie w środku tygodnia, kiedy chodzę do pracy. Na domiar złego, ostatnio skradziono mi portfel w autobusie. Z moją jedyną kartą płatniczą, co trochę nadwrężyło moją entuzjastyczną opinię o bezpieczeństwie w Indiach. No i zrobiło się naprawdę gorąco!

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!