Rishikesh – Śladami Beatlesów

Autor: w Podróże Martyny - Indie

Rishikesh – Śladami Beatlesów

21.05.12

Beatelsi w Rishikeshu

Beatlesi przyjechali do Rishikeshu w 1968 roku, szukać duchowego oświecenia oraz ćwiczyć Transcendentalną Medytację pod przewodnictwem indyjskiego guru. Chodzą słuchy, że guru, twierdzący między innymi, że potrafi lewitować, nie do końca okazał się tak świętym człowiekiem, jakim miał być, i dość mocno oszukał muzyków, aczkolwiek przedstawiciel zespołu zdecydowanie zaprzeczył tym pogłoskom. Niezależnie od stopnia zadowolenia Beatlesów z pobytu w Indiach, to tu powstała większość utworów z White Album.

Rishikesh – światowa stolica jogi. I medytacji

Obecnie Rishikesh, jedyne miasto w Indiach, jakie odwiedziłam do tej pory w którym nie ma innych świątyń niż hinduistyczne (które za to znajdują się absolutnie wszędzie), jest przepełniony hinduistycznymi pielgrzymami, przybywającymi do miejsca, gdzie jeszcze czysta Ganga wypływa z Himalajów, oraz zachodnimi turystami, szukającymi „duchowego oświecenia”. Praktycznie każdy hotel oferuje codzienne zajęcia z jogi oraz medytacji, w dodatku w co najmniej kilku odmianach – zachwyciła mnie sleeping meditation, aczkolwiek jeszcze nie zdobyłam się na spróbowanie ;). Są też kursy reiki, ajurwedy, masażu i wszystkiego, co teoretycznie ma cokolwiek wspólnego ze sferą duchową człowieka. Na każdym kroku jest aśram, gdzie bardziej lub mniej uczciwy guru oferuje naukę jogi oraz osiągnięcie spokoju ducha. Najstarszy jogin ma 103 lata, oraz, według plakatu, 84 lata doświadczenia w nauczaniu jogi. Na zdjęciu wygląda, jak by od tychże 84 lat nie jadł.

Nad świętą rzeką

Miasto nie jest najpiękniejsze, delikatnie mówiąc, ale jest relatywnie mało brudne, no i obecność rzeki, w której można się wykąpać, oraz duża ilość świetnych restauracji w których można zjeść śniadanie lub kolację z widokiem na Ganges sprawiają, że jest tu w miarę znośnie. Krowy chodzą tu już nie stadami, ale hordami, i dzielą się na trzy grupy: byki, cielaki, i krowy w ciąży. Najwyraźniej dość dobrze im się powodzi :).

Drugą obok krów wyróżniającą się świętą grupą są saddhu – święci mężowie w pomarańczowych szatkach, których część prosi o pieniądze, a część woła śpiewnie do turystów: How are you? Wanna smoke? Hashish? Marijuana?

Kąpiel w rzece wcale nie jest taka prosta – jak już znalazłam sobie odludną plażę oddaloną od miasta, w miejscu gdzie nurt był wolny, a brak ludzi dawał nadzieję na kąpiel w stroju kąpielowym bez bluzki i spodni nałożonych na niego, a nawet na wygrzanie się potem w słońcu w tymże stroju kąpielowym, to kiedy chciałam zacząć się rozbierać, spod skały wyskoczyło dwóch policjantów i poinformowało mnie, że kąpać się wolno tylko w wydzielonych miejscach – ghatach. Koniec końców wykąpałam się w mieście, co sprawiło, że do wody grzecznie weszłam w ubranku, jak pobożna hinduistka.

Ponoć sporo osób tonie co roku w Gangesie w tej okolicy, ale to wynika z jednego prostego faktu – Hindusi kompletnie nie umieją pływać. Widziałam mężczyznę, który zaczął tonąć metr od brzegu, a trzech innych, też nie umiejących pływać, dość nieporadnie starało się mu pomóc. Notoryczny w Indiach brak umiejętności przewidywania sprawia, że sporo osób i tak kąpie się w miejscach do tego nieprzeznaczonych, w dodatku z bardzo silnym nurtem.

Martynka w Rihikeshu

A ja tutaj żyję sobie jak typowa znudzona życiem europejska turystka :). Chodzę na jogę dwa razy dziennie, gdzie przyodziany w białe szatki pan z gęstą brodą i przydługimi, nienagannie ułożonymi włosami każe mi się wyginać w pozycję wielbłąda tudzież kobry tłumacząc przy tym, co jest dobre dla kręgosłupa, co dla kolan, a co pomaga na zatwardzenie. Nic dziwnego, że jogini dożywają setki :). Po jodze idę na pyszne jedzenie – według wskazań jogi powinno być wegetariańskie, bez jajek, czosnku i cebuli oraz bez tłuszczu i ciężkich sosów (korzonki to chyba jedyne, co zostaje), w związku z czym w całym Rishikeshu jest może jedno miejsce, gdzie serwują mięso (podobno, bo go nie widziałam). Alkoholu nie ma nigdzie. Na szczęście serwują jajka do śniadań a nawet smażone ziemniaki :).
Po jedzeniu idę podziwiać święte krowy nad rzeką, a niedługo potem idę znowu na yogę i powtarzam cykl. Jeszcze tylko medytacji mi do kompletu brakuje, żeby rozwinąć duchową stronę mojej osobowości. Chociaż jak na razie,  buczenie świętej sylaby om na początku i końcu każdych zajęć całkowicie, a nawet z nadwyżką, zadowala moje potrzeby duchowe. Dobrze, że to tylko kilka dni :).

Z Rishikeszu wsiadam w pociąg na wschód, 12 godzin do Lucknow, tam kilka godzin przerwy i kolejna doba w pociągu, tym razem do Darjeeling – miejsca, gdzie zbiera się herbatę z widokiem na Mount Everest.


Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!