Praca w Indiach – dzień pierwszy

Autor: w Podróże Martyny - Indie, W podróży

Praca w Indiach – dzień pierwszy

22.12.11
Dziś będzie o tym, jak Martynka próbuje dojechać do pracy (z różnym skutkiem).

Pierwszy dzień pracy – podejście pierwsze, drugie i trzecie

W czwartek, dzień po przyjeździe, zadzwoniłam do szefa z informacją, że jestem w Jaipurze i chcę zacząć pracę. Szef – Pradeep – stwierdził, że świetnie, a ponieważ mieszkam daleko, to wyśle po mnie w piątek kierowcę, żeby pierwszego dnia mnie zabrał i pokazał, jak mam dojeżdżać. Umówiliśmy się, że zadzwoni, jak kierowca wyjedzie z firmy, więc w piątek naiwnie czekałam mniej więcej do 14 w domu na telefon, zanim uznałam, że chyba efektywniej będzie, jak sama się z nimi skontaktuję. Udało mi się po 18-tej. Ponoć nikt nie przyjechał, bo nie było w biurze nikogo, kto by mógł mnie zabrać, ale na pewno ktoś się pojawi pod moim domem w poniedziałek o 10.30… W poniedziałek byłam mniej naiwna i zaczęłam dzwonić już przed jedenastą, przy czwartej próbie udało mi się skontaktować i dowiedzieć, że niestety nikt nie może po mnie przyjechać więc czy mogłabym wziąć auto-rykszę i przyjechać sama… Jako że bardzo chciałam zacząć pracę, nie zaprotestowałam. Oczywiście rykszarz nie wiedział, jak dojechać, ja wiedziałam jedynie, że firma jest na drugim końcu miasta, ale po pięciu konsultacjach telefonicznych na linii kierowca – Pradeep – lokalni ludzie, jakoś się udało. Obejrzałam nowe miejsce pracy, popatrzyłam na ciuszki które produkują (ładne!), wypiłam herbatę siedząc na huśtawce w słońcu, po czym Pradeep odwiózł mnie do domu. Pierwszy dzień: relatywnie bezproblemowo.

Dojazd do pracy = wyzwanie

Nie stać mnie na jazdę rykszą codziennie i nie za bardzo chcę się przeprowadzać, więc stwierdziłam, że będę jeździć autobusem. Fakt, że autobusy nie mają rozkładu jazdy, a przystanki nie są oznaczone, nie zaskoczył ani nie zniechęcił mnie szczególnie (do tej pory nigdy nie czekałam tu dłużej niż  5 minut).  Do pojazdu można wsiąść w biegu, bo przednie drzwi są zawsze otwarte – praktyczne, wczoraj wskakiwałam na środku skrzyżowania. Jak ktoś chce wysiąść tylnymi drzwiami to w nie uderza, żeby kierowca usłyszał i otworzył.
W Indiach do obsługi autobusu potrzeba dwóch osób – kierowcy i pana sprzedającego bilety, który kontroluje, żeby nikt ze wsiadających/wysiadających nie został przejechany lub przytrzaśnięty i patrzy, czy nikt spóźniony nie biegnie, oraz informuje do jakiego przystanka autobus się zbliża. W przypadku mniejszych autobusów, często bez numerów, na przystanku taki pan wychyla się i krzyczy na całe gardło, dokąd pojazd podąża.

Mój różowy autobus

Mój różowy autobus


Hindusi na początku byli przerażeni moim pomysłem dojeżdżania autobusem, ale po dość długich konsultacjach znaleźli mi trasę dojazdu zakładającą przesiadkę. Nie będę się rozwodzić nad szczegółami, napiszę tylko, że pierwszego dnia po trzech godzinach ktoś z firmy zabrał mnie samochodem po drodze (ale byłam blisko!), drugiego dnia było zdecydowanie lepiej, wystarczyło, że po dwóch godzinach (niecałych!) ktoś musiał po mnie podejść jakieś 300 m. Trzeciego dnia zrealizowałam plan optymalny: godzina z kawałkiem i samodzielne dojście, po czym okazało się, że jestem w biurze pierwsza (była 9.15) i nie mam pojęcia jak włączyć internet. Tzn. bałam się, że mnie porazi prąd jak zacznę rozpracowywać kłębowisko kabli 🙂
W każdym razie jeżdżę trzema autobusami, już znam ich numerki i nazwy swoich przystanków :D.

Kolejne wyzwanie – powrót z pracy

Droga powrotna pierwszego dnia – po ciemku, co nie ułatwiało sprawy – również dostarczyła wrażeń mi i przypadkowym Hindusom: jeden z pracowników zabrał mnie na przystanek numer dwa motorem (to było absolutnie przerażające biorąc pod uwagę odległości między pojazdami – nie widziałam ani jednego samochodu, który by nie był porysowany – i ilość dziwnych wehikułów na drodze. Włącznie z wielbłądami ciągnącymi wózki. Miły pan motocyklista nie znający słowa po angielsku wsadził mnie w autobus, który miał mnie wziąć prosto do domu. Oczywiście okazało się tylko pobożnym życzeniem, bo autobus co prawda jechał na ulicę, na której mieszkam, ale nie na aż takie odludzie (jedna z głównych ulic, z masą sklepów straganów i restauracji staje się drogą pustynną – dosłownie – w mojej okolicy). W każdym razie powiedziałam panu od biletów gdzie chcę wysiąść, tzn. nie znając jeszcze nazwy przystanku podałam nazwę ulicy. Na moje nieszczęście, nazwa ulicy przypadkiem okazała się być też nazwą przystanku, tylko nie tego co trzeba :), więc jak autobus się do niego dotoczył, to cały tłum mężczyzn tłumaczył mi, że tu mam wysiąść, a kierowca czekał z odjazdem aż się zdecyduję.
Uparłam się, że to jeszcze nie tu i nie wysiadłam, ale jak autobus skręcił chwilę dalej w inną ulicę, kompletnie ciemną i odludną, to stwierdziłam, że coś jest nie tak. Wysiadłam przystanek dalej i cofnęłam się do głównej drogi, po czym cofałam się jeszcze dalej, dopóki nie upewniłam się definitywnie, że tak nie dojdę do domu (który był, jak się okazało, w stronę przeciwną). Zadzwoniłam do kolegi, żeby mi powiedział gdzie jestem, po czym oddałam telefon policjantowi, żeby kolega się dowiedział, gdzie jestem.
Pan Policjant po konsultacji wziął mnie na środek ulicy, zatrzymał autobus i wsadził do środka. Jak można się domyślać, zrobiłam furorę i klaskał mi tłum indyjskich facetów. Biali tu nie jeżdżą autobusami, więc blondynka, wsiadająca pod eskortą policjanta, która radośnie oświadcza, że nie wie, jak nazywa jej przystanek, ale musi wysiąść po tym, jak autobus skręci w lewo a potem w prawo, delikatnie mówiąc zrobiła wrażenie. Byłam tematem żartów w hindi dopóki nie wysiadłam, a myślę, że dużo dłużej.

Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie istoty moich problemów komunikacyjnych zamieszczam mapkę ilustrującą gdzie mieszkam (B) i gdzie pracuję (A):

Moja codzienna trasa z domu do pracy

Moja codzienna trasa z domu do pracy

Autobusowe wrażenia

Ludzie w autobusach są świetni, nawet jak jest tłok to nikt się nie pcha ani nie wkurza, i mimo że autobusy mają ze 40 lat, to jazda nimi jest fantastyczna . Tym bardziej że blondynki uznaje się najwyraźniej za osoby nieradzące sobie z rzeczywistością, w związku z czym ustępuje się im miejsca. Jeżdżą głównie mężczyźni, szczególnie wieczorami, kiedy wraca się z pracy, bo większość kobiet zajmuje się domem, natomiast nikt nie próbował mnie zaczepić w celu innym niż pomoc lub ratunek przed rozbiciem nosa przy okazji hamowania ;). Indie zdecydowanie nie potwierdzają stereotypu, że jak kraj jest biedny, to musi być niebezpieczny. Jedyne, co mi tu grozi, to rozjechanie na ulicy (nie ma pasów i nikt się nie przejmuje pieszymi) lub rozdeptanie przez słonia.

Jeśli chodzi o pracę, do której tak radośnie dojeżdżam, to jest tak, jak miało być, czyli zajmuję się marketingiem dla Japończyków. Dostaję świetną indyjską herbatę i jeszcze lepszą kawę, a dziś drogę w biurze przebiegł mi mały szczurek 🙂 Pierwszy, jakiego widziałam, więc nie jest źle. Praca uświadomiła mi, że przydałoby się pouczyć trochę hindi, jako że nie wszyscy znają angielski, a jedyne słowa jakie znam do tej pory to nazwy przystanków autobusowych 😉

Z perspektywy czasu nasuwa mi się jeden komentarz do tego, co pisałam rok temu – w kwestii bezpieczeństwa w Indiach. Faktycznie przez cały półroczny pobyt czułam się bezpiecznie, zdarzało mi się jeździć nocnymi pociągami i autobusami może nie samej, ale tylko z koleżanką, zdarzało nam się wysiadać we dwie na małych dworcach w środku nocy, i nigdy nie czułam się zagrożona ze strony Hindusów. Biali muszą mieć bardzo dużo pecha, żeby w Indiach przydarzyło im się coś groźniejszego niż kradzież portfela, to samo nie tyczy się niestety Hindusów, a w szczególności Hindusek, dla których samodzielne podróże mogą być bardzo niebezpieczne. Szacunek dla kobiet, szczególnie kobiet niezamężnych, jest niestety minimalny, żeby nie powiedzieć, że nie istnieje. Więcej napiszę o tym w dalszych postach.
Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w indiach

Interesujące? Podziel się!

  • kasiasa

    Ten post jest, krotko mowiac, genialny 🙂
    A ty dzielna. Moze bedziezs jezdzic do pracy na stopa? 😛

    • Kasias, ja nawet tego stopa nie musiałabym szukać, on sam przychodzi 😛 Jeszcze co prawda nie zaryzykowałam żeby się zabrać – mój europejski instynkt samozachowawczy jednak działa, mimo pewności, że nic by mi się nie stało :

  • baq

    opowiesci o blondynce w indiach sa swietne, nie przestawaj!

  • tut

    <3