Mój indyjski dom

21.12.11

Mój indyjski dom

Zostałam zakwaterowana na przedmieściach Jaipuru, w wielkim domu, w którym oprócz mnie mieszka jeszcze około siedmiu innych stażystek, paru Hindusów, którzy pojawiają się i znikają, oraz właściciel z rodziną. Pewnie za długo tu nie będę, bo z nieznanego mi bliżej powodu, lub też po prostu jego braku, znalazłam się na drugim końcu miasta w stosunku do miejsca pracy, więc pozostaje dla mnie na razie tajemnicą, jak będę dojeżdżać.

Dom, należący do bramińskiej rodziny Agarwal, jest olbrzymi, pełen tarasów i krużganków, ma 10 pokoi z łazienkami, wielkie przedpokoje, marmurowe podłogi (dają fantastyczny chłód) i olbrzymi kryształowy żyrandol. Taki trochę bollywoodzki pałacyk w pomniejszeniu. Właściwie nie jestem w stanie nawet powiedzieć, że jest kiczowaty, bo nie jest, jest po prostu zupełnie inny niż to, co widziałam do tej pory. Jest tu nawet ogródek z zieloną trawą – rzadkość, bo jaipurski krajobraz jest raczej pustynny i zaniedbany, a nie trawiastozielony.

Mieszkanie z indyjską rodziną

Rodzina, u której mieszkam, należy do ortodoksyjnych hinduistów, co oznacza: żadnego mięsa, żadnego alkoholu, chłopcy i dziewczynki osobno 🙂 Nie wolno mi włożyć do lodówki nawet kawałka kurczaczka ani butelki piwa, a wrócić na noc muszę do 23-ciej. Jak zamówiłam jedzenie na telefon, właściciel stał nade mną aż zapłaciłam, a potem zapytał w hindi dostawcę, czy jedzenie jest wegetariańskie… Niemniej jednak są absolutnie przemili i gotują nam wegetariańskie jedzonko, które jest wspaniałe – indyjska kuchnia zostanie chyba moją ulubioną, przebijając nawet japońską. (Szczególnie, jak znajdę miejsce, gdzie podają mięso :)). Do tej pory myślałam, że dostanie wołowiny w Indiach jest niemożliwe, ale wczoraj rozmawiałam z indyjskim muzułmaninem, który powiedział mi, że owszem, jest dostępna, ale na czarnym rynku ;). Za sprzedaż wołowiny grozi sześć lat więzienia. Z wieprzowiną też ciężko, za to są króliki i jeżozwierze(!).
Ponoć dieta hinduistów też się zmienia, bo teraz już około połowa z nich jada mięso. Chyba tylko ci, którzy wywodzą się z najwyższych klas bardzo mocno się przed tym wzbraniają. Niestety ich zwierzątka domowe (czytaj: psy) też muszą przystosować się do wegetariańskiej diety… Może dlatego dość intensywnie wyją po nocach….

Rodzina Agarwal jest bogata i ma służbę – zjawisko typowe nawet wśród indyjskiej klasy średniej.
Służąca wraz z rodziną mieszka w małej, jednoizbowej przybudówce w ogrodzie – to jeszcze nie jest dużym problemem – warunki mieszkaniowe w Indiach nie są dobre, jeśli nie jest się bogatym, a i z tym bywa różnie. Problemem jest, że służący mają córkę, 12-letnią, bardzo sympatyczną dziewczynkę o imieniu Nanu. Nanu pracuje jako pomoc domowa, sprzątaczka i kucharka, zamiast chodzić do szkoły. Nie umie pisać ani czytać i pewnie za szybko się nie nauczy. Ani ona, ani jej mama nie znają angielskiego, a dziecko nie ma nawet czasu na zabawę z rówieśnikami. Żadnych rówieśników w okolicy zresztą nie ma. Służąca sprząta i zajmuje się ogrodem, a jej córka zmywa i pomaga przy posiłkach, a przed siódmą rano na kolanach myje podłogi w całym domu. Właściciele twierdzą, że bardzo ją kochają – i pewnie tak jest. To, że uważają, że skoro urodziła się jako służąca to od dziecka ma być służącą, nie koliduje z tą miłością. Inna sprawa, że brata Nanu rodzice wysłali do szkoły, pewnie długi czas odkładając na to pieniądze. Córka takiej szansy nie ma.

Posiłki gotują gospodarze – głównie pani domu, przeurocza kobieta w przepięknym sari i z anemią (jak widać dieta wegetariańska nie do końca jej służy), ale mąż jej pomaga (przez najbliższe trzy dni gotuje sam, bo żona dostała miesiączkę i jest nieczysta, więc nie może dotykać garów. Nie take złe w zasadzie…)  A jedzenie robią nieprawdopodobne! Banan z solą co prawda miał dość zaskakujący smak, ale nawet to było dobre. Tylko za żadne skarby nie mogę zapamiętać nazw potraw…

Śpię w wielkiej sypialni, w której nie ma nic, oprócz dwóch wielkich łóżek, a razem ze mną mieszkają jeszcze trzy dziewczyny. W teorii miałam mieć pokój maksymalnie dwuosobowy, no ale to są Indie… Powoli przywykam do tego, że nic nie jest takie, jak powinno być. Dziewczyny w pokoju obok nie mają nawet łóżek, tylko materace…  Oprócz mnie są tu jeszcze trzy nieprawdopodobnie głośne Brazylijki, Argentynka, Australijka i Amerykanka. Po chwili przerażenia stwierdziłam jednak, że wolę mieszkanie z za dużą ilością ludzi niż samotnie. Zresztą, Indie są krajem, gdzie pojęcie prywatności nie istnieje.

Pierwsze, małe sukcesy…

Dom, wbrew moim wcześniejszym obawom, jest bardzo czysty, i nie natrafiłam w nim jeszcze ani na zwierzątka futerkowe, ani na malutkie bądź większe karaluszki. Może to kwestia zimy (ok. 24 stopni – karaluchy mogą marznąć i poszły spać). „Ulice” szczególnie czyste nie są, natomiast powietrze w tej okolicy – również wbrew moim obawom – jest czyste i pachnie ładnie, da się nawet wyczuć nuty kwiatowe. Gorzej się robi po podejściu do drogi – benzyny bezołowiowej tu chyba nie znają. Znają za to wiele gatunków kurzu.
Główna droga niedaleko wygląda prawie jak opisana wcześniej autostrada. Pasy dla pieszych co prawda są, ale ponieważ na tutejszych drogach panuje prawo silniejszego, to pieszy musi martwić się, żeby nie zostać przejechanym. Na szczęście pojazdy nie jeżdżą z ponaddźwiękową prędkością, więc jakimś cudem dałam radę samotnie przez nią przejść (za drugim razem – za pierwszym Hindus pokazał mi, jak to się robi). Duma mnie rozpierała. Drugim moim osiągnięciem był zakup karty sim – musiałam przedstawić paszport do skserowania i dostarczyć zdjęcie, ale jakimś cudem mam działający telefon. Nieprawdopodobne, jak tanie są połączenia tutaj! Ponoć nawet bezdomni, których na ulicach nie brakuje, mają swoje komórki.

Z ciekawostek: Codziennie w godzinach 9-11 przed południem wyłączany jest prąd. W całym Jaipurze. Firmy mają swoje generatory. Na szczęście – za wyjątkiem tych dwóch godzin – internet i wszystko inne działa bez zarzutu. Za to latem ponoć jest gorzej. A cieszyłam się, że mam klimę w pokoju…

A na koniec parę zdjęć mojego domu i okolicy.

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!

  • Martunia G.

    No to ja wyrażę na początku mój podziw: Indie?? z własnej woli?? respect! A teraz coś, co mnie bardzo interesuje: nie miałaś żadnych zaburzeń żołądkowych od kiedy tam jesteś? 90% moich znajomych nie było w stanie wytrzymać w Indiach dłużej niż 2 tygodnie, bo groziło im odwodnienie po licznych godzinach spędzonych z głową przy misce. Nawet mój kuzyn pół-Hindus się poddał ^^

    • Mój żołądek kocha indyjskie jedzenie i nie wyraża żadnych sprzeciwów 🙂 Może u Twoich znajomych to była kwestia wody, bo z tego co wiem, to jest głównym problemem.