Indie i ludzie przygodnie spotkani

Autor: w Podróże Martyny - Indie, W podróży

Indie i ludzie przygodnie spotkani

Codziennie spotykam na indyjskiej ulicy bardziej lub mniej interesujące osoby, postanowiłam więc przyznać prywatne nagrody w trzech kategoriach wiekowych dla najciekawszych indywidualności.

Kategoria pierwsza: Dzieci.

Bezapelacyjnym zwycięzcą jest mniej więcej pięcio-sześcioletni chłopczyk, który zaczepił mnie w okolicy domu.
Nie mam pojęcia, co tam robił, bo jak go zapytałam gdzie mieszka, to pokazał w bliżej nieokreślonym kierunku, ale nie wyglądał na opuszczone dziecko, no i całkiem nieźle mówił po angielsku.
Chłopczyk był ofiarą prania mózgu przez MTV i amerykańską kulturę, ponieważ pytania, jakie zadawał mi z największym przejęciem to były:

  • Czy jeździłam Lamborgini (czy jakkolwiek się to pisze, ja wiem tyle że to jakiś drogi samochód).
  • Czy kocham Justina Biebera i Akon(?), bo on tak, jako że wspomniane gwiazdy są świetne i są jego idolami – nawet zanucił mi piosenkę Biebera. (Nie miałam pojęcia kim jest Akon, ale wolałam się nie zagłębiać w temat bo to mogłoby przerosnąć możliwości pojmowanie dziecka)
  • Czy poznałam osobiście wyżej wspomniane osobistości.

Jak widać młodemu pokoleniu cudzoziemcy kojarzą się chyba głównie z Hollywood. Pytań było więcej, ale niestety reszty nie pamiętam, a szkoda.

Kategoria druga: młodzież

Zwycięzcą jest Karan poznany w Pink City (tak się nazywa stare miasto), który zdaje się próbował mnie poderwać w uroczo nieporadny sposób. Karan zaczepił mnie na ulicy, którą szłam swoim zwykłym marszobiegowym tempem (w Indiach to niemal sprint, wyprzedzam wszystkich) pytając,

dlaczego cudzoziemcy zawsze wyglądają, jakby się gdzieś spieszyli, i nigdy nie chcą rozmawiać z mieszkańcami Indii, chociaż to przecież poznawanie ludzi jest najważniejsze jak się jest zagranicą.
Na przekór innym cudzoziemcom stwierdziłam, że nigdzie się nie spieszę i lubię lokalnych ludzi, więc zaczęłam z nim rozmawiać. Poszliśmy do małej knajpki, gdzie zjadłam najlepszego w życiu ziemniaka w jakimś słodkim sosie i wypiłam świetną herbatę.
Chłopak okazał się być historykiem, więc sporo ciekawych rzeczy mi opowiedział, i zaciągnął w boczne uliczki miasta (jakby ktoś miał wątpliwości co do mojego bezpieczeństwa to było jasno i pełno ludzi dookoła, a Hindusi dość mocno przejmują się losem bliźnich), żeby pokazać mi świątynię dżinijską – dżinistów już nie ma w Indiach wielu, więc ich świątyń wiele się nie zachowało.

Chodziliśmy po małych, bocznych uliczkach, takich, jakie lubię najbardziej, a w które jeszcze się nie zapuszczałam, bo do tej pory nie miałam z kim, i zostałam zaprowadzona do warsztatu, gdzie jubilerzy wyrabiali pierścionki. Dwie osoby siedziały skulone w małym pomieszczeniu nad imadełkami i innym sprzętem, w otoczeniu kamyczków szlachetnych. Świetne.
Z tym się wiąże ciekawa historia, bo ponoć ci rzemieślnicy to są osoby bezrobotne, zabrane ze wsi, gdzie bieda i bezrobocie są straszne. Bramini, dawni kapłani, najwyższa klasa społeczna, pomagają takim osobom, biorąc je do miast i dając utrzymanie i pracę. Gotowe wyroby bramini sprzedają i część zysku oddają pracownikom. Nie wiem co prawda, jak duża, albo raczej jak mała jest ta część, szczególnie za pracę 7 dni w tygodniu. Większość biednych osób w Indiach w ogóle nie ma tu dni wolnych – nie stać ich na to
Po wyjściu z warsztatu zostałam pokrętną drogą odprowadzona na swój przystanek, na szczęście nie musiałam iść tam sama, bo byłam już zupełnie zagubiona.
Dodam, że w bocznych uliczkach dwie osoby nie mogą iść jedna obok drugiej, tylko gęsiego, bo drugą część wąskiej drogi zajmują rowery i motory :).

Kategoria trzecia: dorośli

Zwycięzcą jest Pan Lalkarz o bardzo oryginalnym przydomku artystycznym Kryszna, którego pełne imię i nazwisko brzmi: Phool Chand Bhatt. Pan próbował mi coś sprzedać w najmilszy sposób, jaki spotkał mnie do tej pory.
Wiedziona potrzebą wypicia kawy i zjedzenia junk food’a poszłam do McDonalda w centrum (90% ludzi przy kasie to cudzoziemcy) i jak wracałam zaczepił mnie bardzo miły starszy pan, który nawiązał rozmowę, a po chwili powiedział, że jest lalkarzem i że ma tradycyjny teatrzyk i swój warsztat bliziutko, więc czy nie chciałabym obejrzeć. To było faktycznie po drodze, więc stwierdziłam, że mogę zajrzeć. Malutkie pomieszczenie, którego wszystkie ściany były obwieszone radżastańskimi lalkami.
Pan Kryszna usadził mnie na gościnnym dywaniku, dał herbatkę i siedziałam rozmawiając z nim o wszystkim z godzinę. Pokazał mi lalki, jak je robi, pokazał próbkę przedstawienia ze śpiewem, instrumenty, zagrał mi na bębnie – niesamowite dźwięki wydaje indyjski bęben, i jeszcze dostałam laleczkę na szczęście. I na moje zamówienie zostanie dla mnie zrobiony klęczący wielbłąd wypchany bawełną, bo jeden który tam stał mnie zachwycił (wielbłądy to moja nowa miłość, są na drugim miejscu zaraz po kapibarach). Dodam, że ceny były naprawdę przyzwoite. Jakby ktoś chciał indyjskie lalki, to mogę wysłać, bo miałam ochotę kupić pół sklepu 😉
Pan ma świetną strategię marketingową, z korzyścią dla obu stron.
O 18 mnie przeprosił i odprawił rytualną modlitwę o pomyślność, biegając z kadzidełkiem po całym warsztacie i okadzając poszczególne rzeczy coś przy tym mrucząc. Żebym się nie nudziła dał mi do poczytania notes z wpisami z podziękowaniem od ludzi z dosłownie całego świata. Dodam, że sam artysta nie umie czytać.
W poniedziałek chcę wziąć znajomych żeby zrobił dla nas przedstawienie z pomocnikiem, tylko jeszcze muszę ustalić cenę tegoż :).

W następnych miesiącach takich spotkań było jeszcze dużo, dużo więcej – część niesamowicie inspirująca – często bardzo imponowało mi indyjskie podejście do pracy – wiele osób, mających swój biznes, a także wielu nauczycieli, wkłada w to całe serce. Część była zabawna – pytanie, czy cudzoziemcy zawsze się spieszą, jest chyba typową „pick-up line”, bo zetknęłam się z tym później jeszcze kilkukrotnie, część z nich lekko irytująca – osoby, bardzo chcące się ze mną zaprzyjaźnić kiedy na przykład jadę pociągiem, jest noc i jedyne czego chcę, to spać nie wzbudzały we mnie szczególnej sympatii, ale wszystkie bardzo ciepło wspominam. I trochę mi tego w Polsce brak. W Indiach jak dwie osoby jadą razem autobusem to siadają koło siebie i rozmawiają. W Europie siadamy na przeciwnych krańcach autobusu.

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!