O Indiach ciut krytycznie

Autor: w Podróże Martyny - Indie

Po okresie zachwytów w dalszym ciągu przeżywam okres zderzenia z  rzeczywistością, który objawia się zdecydowanie mniejszą sympatią do dzieci Matki Gangi niż do tej pory. Wczoraj odnalazłam się na środku absurdalnie zablokowanej (przez niemyślących użytkowników) ulicy, krzycząc na całe gardło dość mocno obraźliwe przekleństwa po polsku. (pomogło w rozładowaniu stresu).
Indie to nie jest kraj dla ludzi z Zachodu. Nie, żebym nagle przestała go lubić, bo lubię w dalszym ciągu, i jestem pewna, że jeszcze nie raz tu wrócę, ale tylko i wyłącznie turystycznie. Próby zaadaptowania się do codziennego życia i pracy tutaj są skazane na porażkę. Nie dość, że wszystko zabiera strasznie dużo czasu, to jeszcze każda najmniejsza rzecz stanowi problem. A rozwiązywanie problemów jest bardzo skomplikowaną czynnością, przerastającą większość społeczeństwa.
Mamy teorię, że przyczyną jest religia: w chrześcijaństwie mamy jedno życie, więc wszystko trzeba w jego czasie załatwić. Hinduiści mają nieskończoną ilość żyć, więc na wszystko jest czas ;).

Żeby zilustrować, o co mi chodzi, opiszę, jak w tym miesiącu dostawałam wypłatę w firmie. To tylko przykład, bo absolutnie wszystko wygląda tu tak samo.

Wypłatę powinnam dostawać w pierwszym tygodniu miesiąca. Nie, żebym kiedykolwiek ją dostała w terminie, zwykle to następowało w drugiej połowie miesiąca i trwało około trzech dni. W tym miesiącu zostałam pozbawiona portfela wraz z kartą płatnicza, więc uznałam że co by się nie działo, to wypłatę chcę szybko, zanim będę musiała pożyczać pieniądze.

W poniedziałek poszłam do działu księgowości i zakomunikowałam że chcę  wypłatę, przypominając, że mam ją dostawać na początku miesiąca. Dowiedziałam się, że główny księgowy będzie o 17.30, i że wszystko do tego czasu „będzie zaaranażowane”. Ponieważ absolutnie nie wierzyłam w 17.30, a w planach miałam powrót do domu wcześniej, to stwierdziłam, że skoro w poniedziałek to zaaranżują, to może we wtorek dostanę pieniądze.
We wtorek poszłam do księgowych o 12. Dowiedziałam się, że mam przyjść o 15.
O 15 powiedziano mi, że mam przyjść o 17.
O 17 księgowy, widząc moją minę, zaprowadził mnie do głównego księgowego.
Główny księgowy oświadczył, że w firmie nie ma gotówki i że mam przyjść jutro. Powiedziałam, co sądzę na temat braku gotówki i że nie jutro, ale dzisiaj. Pan księgowy wręczył mi jakieś 10%(!) mojej pensji i obiecał, że reszta będzie na pewno „jutro”. Ręce mi opadły.
Następnego dnia dowiedziałam się, że to jest dzień, w którym banki nie pracują z jakiegoś nie znanego mi powodu, więc wypłatę dostanę „jutro”.
Kazałam im pójść do bankomatu.
Oświadczyli, że spróbują i wysłali kogoś do bankomatu.
Godzinę później powiedzieli, że firma w ogóle nie ma możliwości wypłacania gotówki z bankomatu.
Dość jasno wyraziłam swoją opinię na temat Indii i tutejszej organizacji. (Cytat z księgowego „bo wiesz, w Indiach wiele rzeczy jest skomplikowane” – ponownie opadły mi ręce).
Przypomniałam im, że dzień wcześniej powiedzieli, że wypłata będzie dzisiaj. Odpowiedź – nie przewidzieli, że banki będą zamknięte. W końcu rozmawiaam z szefem i jego bratem, który jest właścicielem drugiej firmy, która robi dokladnie to samo i dokładnie w tej samej fabryce (nie wnikam). Przy okazji dowiedziałam się, że mój szef nie załatwił z księgowością swojej firmy mojej wypłaty, więc do tej pory płacił mi jego brat, chociaż to nie on powinien to robić. Powiedzieli, że mam się nie martwić i że wypłata będzie „jutro”. O 12.
Była. O 17. Po jednym e-mailu i dwóch rozmowach z szefem.

Zajęło mi to cztery dni ciągłego przekładania na „za chwilę”. Nikt w poniedziałek nie wpadł na to, żeby mi powiedzieć, że zapłacą mi w czwartek. Komunikacja nie istnieje, wygląda to tak, jakby poszczególni pracownicy nie mieli ze sobą kontaktu i tylko obiecywali, że coś będzie załatwione, licząc na magiczną interwencję niebios.
I tak jest ze wszystkim, nie tylko z pracą, ale z każdą inną dziedziną życia. Panuje przekonanie że samo się załatwi. Oczywiście, w Polsce też często liczy się na „siłę wyższą”, ale to po prostu nie jest ten poziom. Przy Hindusach naprawdę jesteśmy mistrzami organizacji.

Pozostając w temacie, dziś koleżanka miała ostatni dzień pracy, kazano jej w związku z tym przygotować prezentację i przedstawić ją dość szerokiej publiczności. Prezentację przygotowała i pojechała do biura. W biurze zastała  tylko drugą praktykantkę i żadnych innych pracowników. Zadzwoniły do szefa, który oświadczył, że zapomniał, że dziś jest Wielki Piątek i jego firma w związku z tym nie pracuje…

Koleżanka jest osobą, która w ogóle nie pije alkoholu, ale oświadczyła, że dziś musi się upić, bo współpraca z Hindusami doprowadza ją do stanu załamania nerowego. Dodam, że mnie też. I 90% cudzoziemców których tu poznaję.

Więc jeśli ktoś chce jechać do Indii – zapraszam. Na wakacje. I trening ciepliwości :).

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!

  • thekonstancja1

    Heh, dojezdzalam codziennie w Indiach kilka km rowerem po typowej zakorkowanej ulicy.
    Co sie nasluchali (polskich) przeklenstw… 🙂