Dharamsala – Mały Tybet w Indiach

Autor: w Podróże Martyny - Indie

Dharamsala – Mały Tybet w Indiach

3.05.12
Słowo „dharamshala” oznacza w hindi rodzaj domu pielgrzyma, gdzie wyznawcy danej religii, albo członkowie np. grupy etnicznej czy kasty mogą odpocząć podczas wędrówki lub zatrzymać się na parę dni. Samo słowo znaczy mniej więcej „sanktuarium”

Miasto, które dzięki Hindusom stało się domem Tybetańczyków, oczekujących na możliwość powrotu do ojczyzny, wzięło swoją nazwę co prawda już w XIX wieku od małej chatki, stojącej gdzieś na zboczu góry, ale dość dobrze opisuje funkcję, jaką pełni Dharamsala obecnie.

Na ulicach Dharamsali w stanie Himachal Pradesh widać tybetańskich mnichów z młynkami modlitewnymi, zarówno dorosłych, jak i dzieci, ponieważ mnichem wg tradycji tybetańskiej zostaje się we wczesnym dzieciństwie, kobiety tybetańskie w tradycyjnych strojach, Hinduski w równie tradycyjnych strojach, turystki w kolorowych indyjskich spodniach (najwygodniejsza rzecz na świecie) i świeckich facetów wszelkich wyznań standardowo w dżinsach :). Dodatkowo Tybetańczycy są obowiązkowo wyposażeni w różaniec.

Trochę nie wiadomo, w jakim kraju się jest – białych turystów jest tu chyba więcej niż Hindusów, którzy jak wszędzie plują, charkają i sikają wszędzie, do tego Tybetańczycy, charakteryzujący się nieco wyższą higieną osobistą w zachodnim rozumieniu, oraz paru Chińczyków, co mnie dość zaskoczyło. Jest nawet chińska restauracja, Common Ground, mająca być punktem zetknięcia obu kultur, co zresztą jest jak najbardziej godne z wizją Dalaj Lamy. (No i mają pyszne jedzenie, chociaż mi tu coraz bardziej brakuje porządnego, pikantnego radżastańskiego jedzenia. Ostatnio, jeśli przy jedzeniu nie cieknie mi z nosa i nie pieką mi usta to uznaję, że było mdłe. (Według Hindusów naprawdę dobry posiłek jest wtedy, kiedy woda wypływa z nosa, oczu i uszu – do etapu uszu jeszcze nie doszłam). Tybetańskie pierożki momo i smażone makarony z tofu są pyszne, ale to jednak nie to samo…)

Wiele restauracji, w tym wspomniana chińska, działa na zasadzie non-profit, oddając zyski na fundacje wspierające kształcenie mnichów czy tybetańskich dzieci oraz promowanie kultury. Bardzo wiele osób mieszkających tutaj angażuje się w wolontariat, również mający na celu zwiększenie świadomości o sytuacji Tybetańczyków lub kształcenie młodzieży.

Tybetańczycy, mimo że minęło ponad 50 lat od kiedy się tu sprowadzili, wiąż czekają na powrót do kraju. Dzieci urodzone w Indiach mają status uchodźców, a nie obywatelstwo indyjskie, aby, jak tłumaczył mi pewien mężczyzna, było mniej problemów z powrotem do domu. Mają swoje szkoły i system kształcenia, klasztory oraz centra kultury. Paradoksalnie, dopiero po tym, jak utracili swój kraj świat zainteresował się i odkrył ich dziedzictwo, które w dużej mierze dzięki temu może przetrwać.

W Dharamsali jest wiele centrów medytacyjnych, miejsc, gdzie można studiować jogę, medytację, buddyzm i inne elementy kultury Wschodu. Część jest prowadzona przez mnichów, część przez Hindusów, a dziś dostałam ulotkę od białych dziewczyn z propozycją jogi tantrycznej w ramach poprawy życia seksualnego. Mnisi nie byliby by zachwyceni, ale szarlatanów tu też nie brakuje. Przed buddyjską świątynią żebrzą Hindusi przebrani za buddyjskich mnichów :).

Sporo ludzi zostaje tu na dłużej, są wśród nich zarówno maniacy „retreatów” oraz buddyjscy neofici, jak i ludzie, którym po prostu odpowiada lokalny klimat, atmosfera miejsca i widoki za oknem :).

Niezależnie od celu przyjazdu, miejsce jest naprawdę godne polecenia nawet na dłuższy pobyt. Nawet jak się podczas medytacji nie jest w stanie wysiedzieć dłużej niż 10 minut – prawdopodobnie jak ja, chociaż jeszcze nie próbowałam…

Niniejszy post jest kolejnym z ponad dwudziestu artykułów, pisanych od grudnia 2011 do lipca 2012, w okresie kiedy mieszkałam w Indiach. Wierzę, że najlepiej poznaje się dany kraj i jego kulturę przez życie i pracę wśród jego mieszkańców, dlatego zdecydowałam się na kilkumiesięczną pracę w małej indyjskiej firmie i mieszkanie u indyjskiej rodziny. Blog, który wtedy prowadziłam pokazuje małą część moich doświadczeń, spisywanych, często bardzo nieskładnie, na bieżąco w Jaipurze. Z perspektywy czasu i dłuższych indyjskich doświadczeń spora część tego, co pisałam wcześniej, mnie śmieszy, ale postanowiłam zostawić zapiski w niezmienionej formie, bo jednak są bardzo autentycznym zapisem moich doświadczeń, przeżyć i wrażeń. Więcej postów o opisujących mój pobyt w Indiach

Interesujące? Podziel się!